czwartek, 7 marca 2013

Kobiety i ich dzień

Bardzo fajny jest taki dzień kobiet. Siądziemy sobie, noga na nogę, kawki się napijemy, ciasteczko skubniemy. Jedno, bo dieta. No, może dwa. Wyjątkowo. Dostaniemy kremy na zmarszczki, bony za które kupimy płatki wielozbożowe, lepszą niż zwykle kawę i bawełniane majtki z wielkiego kosza, który stoi na środku supermarketu. Smutnego tulipana ze zwieszoną główką postawimy na biurku, albo kuchennym blacie. W najlepszych bluzkach, z koronkami i kokardami będziemy przyjmować życzenia od kolegów, mężów, ojców i teściów. Taki dzień kobiet może być nawet przyjemny. W końcu przecież to jakiś rodzaj święta.

Wieczorem, jeśli która może, uda się z dziewczynami do baru. Pubu, czy tak zwanej knajpy. Będziemy siedzieć na tych naszych steranych tyłkach, przez których małe dziurki wypchnęłyśmy kiedyś jakieś dzieci, w bólu, który przypominał śmierć. Będziemy siedzieć i śmiać się z tego, że nikt nas już nie kocha, i że to może nawet lepiej, bo po co nam takie problemy. Będziemy siedzieć i pić i nawzajem zazdrościć sobie, urody, pozycji zawodowej, zaradnych mężów. Będziemy siedzieć i dopóki będziemy się trzymać, to nawet będziemy się świetnie bawić. Dopiero potem trochę się popłaczemy, kiedy już będzie można udawać, że to tylko tak, ze śmiechu, albo dla towarzystwa.

I każda z nas będzie tam miała jakąś tajemnicę. A to oczko w rajstopie zamalowane niebieskim lakierem, gdzies na wysokości kroku. A to nieogolone nogi pod spodniami. A to męża, który jest takim ciulem, że się wstyd przyznać. A to zamiar ucieczki z młodszym kochankiem na Karaiby, bo co w końcu, może tej jednej się uda.

Takie młode, takie piękne. Mądre i wspaniałe. Kochające i kochane. Dbające i zadbane. Będziemy wracać gdzieś po północy, a może dopiero nad ranem. Trzymając się pod ręce. Śpiewając fałszywie i za głośno, to co zawsze śpiewałyśmy. Kiedyś, dawno, kiedy to wszystko było jeszcze prawdą.

Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo
Ona co pierwszą jest potem drugą
Ta nasza młodość ten szczęsny czas
Ta para skrzydeł zwiniętych w nas



środa, 27 lutego 2013

Impreza na sto dwa

I chciałbym, drodzy państwo, żebyście. Chciałbym, żebyśmy wszyscy razem. I tak wy, jak i ja, i my wszyscy teraz, zawsze i na wieki wieków. Wypruwali sobie żyły dla naszej korpo! W imię szlachetnie pojmowanej korpokariery! Bawcie się dobrze, bo ten wieczór, ta noc, jest dla was! I tylko dzięki Wam!

Wanda! Co pijecie? Wina ja nie piję, dajcie spokój. Wino to można do obiadu, jedną lampkę, dwie. Ale tak, żeby wino pić, to człowiek od razu chory będzie. Ja może jedno piwo na początek. Ale piwo wzdyma, daj sobie spokój. Weźże piwa nie pij, przecież taki szajs tu mają. Wszyscy moi znajomi, co pili kiedyś duże ilości piwa, 7-8 tygodniowo, chorują teraz na raka żołądka. No prawie wszyscy. Nie żartuję. Dziewczyny! Jak się napijecie piwa, to będziecie miały takie brzuchy [pokazuje]. My z Wandą to wódkę pijemy. Co chcecie, wódka najzdrowsza jest. Ze wszystkiego. Grażyna też wódkę pije!? Jezus, ale się porobiło, widziałaś? Grażyna! Wódkę pije! A my to dostaniemy coś jeszcze do jedzenia, czy mamy wpierdzielać tylko te stare podeszwy [patrzy z obrzydzeniem na niedopieczony kawałek schabu na swoim talerzu]. Organizacja! Organizacja do raportu. Co to ma być, k***a, chleb ze smalcem i podeszwa z ziemniakami. Do wódki? Na całą noc? Nojacieżniepierdzielę. Ale ale, ty to jesteś taki kłamczuszek! Oszukuje, oszukuje! Nie wypiła do końca! Do dna się pije, do dna, ty to koleżanko jakaś nie nawykła. I nigdy, nigdy nie zapijaj wódki colą zero. Cola zero ma aspartam, w połączeniu z alkoholem rozwalenie wątroby gwarantowane. 

I tak się właśnie toczy, między jednym a drugim kieliszkiem, służbowa impreza integracyjna, przetykana opowieściami o dzieciach, samochodach, policjantach z drogówki. Żartami o seksie, gejach i księżach. Łącznie i rozdzielnie. Obgadywaniem szefów i koleżanek z końca stołu oraz niezliczonymi dyskusjami na tematy służbowe, czyli tzw fedrowaniem. Aż w końcu przychodzi taki moment, w którym. Wanda wstaje od stołu i zgarniając po drodze chudego Arka zaczyna z nim pląsać w rytm hitu, śpiewając fałszywie nazywam się winny, bo cokolwiek zrobiłbym. i obracając się wokół niego jak szalona. Grażyna wyciąga spinki wsuwki ze swych czarnych pukli i czochrając je na wszystkie strony, zrzuca z nóg szpilki lakierki. Tańczy ocierając się o krzesło i siada na nim okrakiem. Lucyna bierze pod pachę szefa wszystkich szefów i idzie z nim na papierosa, chociaż tak normalnie to w ogóle brzydzi się paleniem. Marzena i Anka śmieją się jak głupie, chwytając  łapczywie powietrze i trzymając się za brzuchy, same nie wiedzą o co im chodzi. Wojtek próbuje wytłumaczyć Jackowi o co chodzi w ogóle w tym projekcie, za który się mają brać, ale nie jest już w stanie. Więc może jeszcze po jednym, na lepsze zrozumienie.

Najlepiej to ma jednak Zośka. Po 22. złapała ją migrena i poszła do pokoju, bo już nie wytrzymała. Może ta zupa jej zaszkodziła, co to niby żurek, a niby kapuśniak, nie do końca wiadomo. Bo ja tak piłam, piłam tą wodę z tej zupy, będzie opowiadać Zośka nazajutrz. I to właśnie ona mi chyba zaszkodziła, ta woda, z tej zupy. Tak mi się odbijało, tak mnie łeb napierdalać zaczął, że mówię, nie, no idę, idę do pokoju. Poszłam i leżę, Lucyna przyszła, tabletkę mi dała. Myślałam, może wstanę i zejdę, nawet zaczęłam schodzić, ale tak mi wirowało, tak mnie bolało. że mówię sobie nie, no co ja tam zrobię, psuć im będę imprezę, tak mi się odbija. Ale tak mi się odbijało, tak mi się odbijało, no jak boga kocham, ta woda z tej zupy mi zaszkodziła. I wśród czerwonych na wpół wytrzeźwiałych twarzy będzie opowieść Zośki mroziła krew w żyłach, bo przecież każdemu to się mogło zdarzyć, takie wirowanie, odbijanie i taki nieznośny ból głowy, co to cię wyeliminuje z niezłej imprezy. 

 Dla równowagi zawsze się jednak pojawi jakaś inna opowieść, łagodząca nastrój. I wśród tych na wpół wytrzeźwiałych czerwonych twarzy rozlegnie się nagle głos Tadzika - ach jaka dobra ta herbatka. Najpierw cytyna, a potem cukier. I zamieszać. Jaka pyszna. Nigdy odwrotnie. Jak dasz najpierw cukier, a potem cytrynę, to koniec. Będzie gorzka. A tak jest pyszna, ach - jaka dobra. Grażyna, zrób sobie, albo ja ci zrobię. I tylko pamiętajcie, mówi Wojtek. Że jeśli ktos chce jechać, to niech sobie zapamięta, co następuje. Guma miętowa wzmaga alkoholowy oddech, a owocowa - niweluje. Ot prawda życiowa, prosta jak drut, a jednak warto ją posiąść.

I tak to trwa, tak to trwa. Zośka opowiada każdemu nowo przybyłemu na śniadanie o odbijaniu, Tadzik o herbatce, Wojtek o gumie, jajecznica stygnie na talerzach tych, co nie mają ni w ząb apetytu. Z pewnością po zbyt twardym schabie, na pewno nie po wódce. A wszyscy po kolei dmuchają w zepsuty, jak się później okaże alkomat. I prawie wszyscy mają promile. Niektórzy nawet dużo promili. A ci, co nie mają, to nie umieją jeździć samochodem, jak się nagle okazuje, tylko tak sobie wpisali kiedyś w CV, że prawo jazdy kategorii B jest.

Siedzą więc wszyscy. Wszyscy razem. I tak i oni, jak i my. I wydaje się, że to na wieki wieków. Bawili się dobrze i ten wieczór był naprawdę ich.


środa, 20 lutego 2013

Korzystaj z życia

I korzystaj z życia! Dziewczyno! Nie chcesz zobaczyć Paryża? Londynu? Wenecji? Tyle jest wspaniałych miejsc na świecie! Wystarczy chcieć!

Oczywiście. Oczywiście, już. Zadzieram kiecę i lecę. Paryż, Londyn, Lądek Zdrój. Dzieciaki pod pachę, jajka na twardo w pudełku po margarynie, nawilżane chusteczki, jak to burżuazja inteligencka ma w zwyczaju, i jazda. Jechane, w świat, w siną dal. W Polskę idziemy, drodzy panowie.

Jak ja nienawidzę takiego gadania. Takiego pier****nia. Jasne. Łatwo się tak mówi. A tu kredyty popłacić, nosy powycierać, recepty wykupić, urlopy zorganizować, kwatery wynająć, samochód naprawić, jajka ugotować.

Żesz k***a. Siedzi taki, kupę kasy zarabia, dzieci odchowa, po świecie dupę w delegacjach powozi i potem Ci mędrkuje. Byłem tu, byłem tam, w Wietnamie polowałem na dzikie wieprze, na Bali skakałem ze spadochronu, w Egipcie macałem rafy koralowe nurkując. W Wenecji lizałem stare mury, we Francji chlałem na umór wino i żarłem tak chrupiące bagietki, że aż całe wargi miałem pokaleczone. A poza tym: sikałem w toalecie publicznej na Ukrainie, Litwie, Łotwie i Estonii. Grecję mam w małym paluszku u stopy, całą, ale to całą zjeździłem moją wypasioną bryką, a w Rzymie byłem kilkukrotnie i za kazdym razem moja żona całowała papieską dłoń. USA leżało przede mną dosłownie całe i zupełnie nagie, otwierając szeroko swój kanion. W Nowym Yorku więc piłem campari, a w Las Vegas śpiewałem rari rari. A pani? A ja to jeżdżę do mamy. Na wieś. Ach, to wspaniale, może do Prowansji? A nie, na Mazury, do chatki. I co - czarteruje pani tam może jacht? A siedzę sobie na progu i rysuję palcem na piasku kwiatki.

A wie pani, co wtedy robi czas? Robi kap kap i tak przecieka, przecieka przez te pani wątłe palce. A co też pan mówi, panie. Ja się wtedy mam jak w puchu. Bo tak sobie siedzę i patrzę. I żadne mury, ani żadne rafy, ani kaniony mnie nie pociągają. Mnie jakoś tak najbardziej to pociąga święty spokój. 

Ach, jak pani tak może, takie wąskie horyzonty. A pan to ma takie szerokie, że normalnie przeciągi wieją. Ależ, co też pani, całe życie przed panią, podróże, szaleństwa. Oczywiście, poszaleję sobie palcem po mapie, może sobie kupię nawet podświetlany globus za ostatnią premię. A potem rzucę wszystko i w last minyt pojadę na Copacabana i kusej spódniczce będę tańczyć z dziatwą do białego rana.

Tylko się pytam, kto za mnie to wszystko zrobi, kto? Koty kurzów pościera, mięso rozmrozi, dywan wytrzepie, bryzgi od pasty z lustra pościera. Popłaci prąd i gaz, załatwi podania, prośby i skierowania. Stawi się w sądzie, przypilnuje pisania literki ł i t i wyprasuje strój na w-f, kupi nowe kapcie ze Zygzakiem i upiecze urodzinowy tort. No kto? I niech mi nikt nie mówi, że to się da tak wziąć i rzucić, tak się zabrać i wyjechać, w pięć minut z colą zero pod pachą i klapkami w zębach. Nie da się, tak czy nie. Hm?







niedziela, 17 lutego 2013

Kawiarnia, czy też może bar

Nie płacz. Wróć do łóżka. Przeziębisz się. Na dworze pada deszcz.

Słuchaliśmy tej płyty w pewnym barze w mieście na T.  Piło się tam herbatę i grało w różne gry. Na przykład można było grać w szachy, albo w krzywą wieżę. Układało się takie klocki i wyciągało po jednym. Bar, czy też kawiarnia, była zwykle o tej porze pusta. Na półkach stały różne stare książki, seria z kolibrem, ksiązki z PIW-u i Czytelnika. i jeszcze Literatura na świecie i Twórczość, w dużych ilościach. W jednym z numerów Literatury znalazłam poruszające opowiadanie bułgarskiego prozaika, prawie że się popłakałam. Nad tą herbatą i krzywą wieżą.

Bar ten, czy też kawiarnia, był blisko teatru lalkowego na obrzeżach starówki w pewnym mieście na T. Jeśli się dobrze trafiło, można było spotkać tam jeszcze ucharakteryzowanych aktorów, albo reżysera, który, jak to reżyser, miał na sobie w tamtych czasach czarny golf, był łysawy i nosił okulary. Za barem tego baru, tudzież kawiarni codziennie stał ktoś inny i nigdy nie wiadomo było kto tam w ogóle obsługuje. Czasami wpadała tam dziewczyna w pomarańczowym turbanie z chłopakiem w przedziwnych filcowych pantoflach. Rozmawiali o czymś żywo gestykulując i paląc papierosy, bo to były takie czasy, że w knajpach można było jeszcze palić.

Byłam taka szczęśliwa. Nosiłam zgniłozieloną kurtkę przeciwdeszczową i niebieskie dżinsy, włosy miałam obcięte na pazia. Ciągle padało, bez przerwy. Herbata była w takich ogromnych kubkach, które wyjątkowo długo trzymały ciepło.  Przed tą kawiarnią, czy też barem, był rozkopany chodnik i żeby dojść do wejścia trzeba było skakać po cegłach ułożonych wzdłuż. Wtedy wydawało mi się, że nie można nosić żadnych innych butów niż glany.

I ten Soyka w tle. Piliśmy tam czasem jakieś piwo. Fotele były, każdy inny. Kolorowe, w paski, kwiatki. Kiwały się na wszystkie strony. Byłam taka szczęśliwa. Nie miałam nic i nic nie było mi potrzebne. Tylko te kilkadziesiąt minut w kawiarni, czy też barze, z Tobą, nic więcej. Na dworze ciągle padało, na szczęście nosiłam wtedy przeciwdeszczową zieloną kurtkę.

I kiedy wczoraj powiedziałeś dokładnie te słowa. Nie płacz, wróć do łóżka. To wszystko mi się nagle przypomniało. Że tak było, kiedyś, w pewnym mieście na T.



piątek, 15 lutego 2013

Samotność jest jak zmierzch

Może to jest tak, że. Nie wiem, po prostu tak to czuję. Beznadziejne błoto, beznadziejnie szare powietrze, beznadziejnie brzydki pies srający na rozkopanym chodniku. Czytałam wczoraj dzieciom książkę o Słonecznikowej Królewnie, która. Zmierzyć się musiała z postaciami takimi, jak. Książę Szaruga, Król Smutek i Królowa Ciemność. Jedna wielka beznadzieja, ale w trzech osobach. Zupełnie jak ja.

Samotność jest jak zmierzch i stamtąd przychodzi by. Czyj to był wiersz? Męczy mnie ta fraza i nurtuje. Pytanie bez odpowiedzi. Dosięgłam dna. Bo sięgłam dna, dlatego dziś Wam to piszę. Jedyna osoba, która dziś mnie wysłuchała to była pewna pani pod czterdziestkę. Opowiedziałyśmy sobie o swoich siniakach. Ona dwa lata temu na łyżwach przed Sylwestrem, ja parę dni temu przed supermarketem w markowych australijskich śniegowcach. Domniemane ofiary przemocy domowej. Dowiedziałam się również wielu praktycznych rzeczy. Gdzie usunąć pieprzyki na kasę chorych, oraz jak domowym sposobem usunąć manicure hybrydowy. Wyszłam od tej pani pod czterdziestkę bardzo chudej i z bardzo długimi rzęsami, z krwistoczerwonymi paznokciami prosto w padający śnieg. I zmierzch.

I powiedziałam jej. Wszystko. Jak jest. Że cięzki tydzień za mną, jeszcze gorszy przed. Że w sumie nie dziwię się. Że jest nam wszystkim tak jak jest.

I wtedy to poczułam. Jeśli ktokolwiek cokolwiek dziś o mnie wie. To tylko ona. Nikt więcej. I to chyba strasznie smutne jest.







wtorek, 12 lutego 2013

Niegrzeczny chłopiec

Jest tak niegrzeczny, ale tak niegrzeczny, że ja już naprawdę. Nie wiem, co mam z nim robić. Ale nic nie pomaga, nic. Możesz krzyczeć, możesz prosić, możesz błagać. W ogóle. Ale to w ogóle się nie słucha. Drze się tak, ale to tak się drze, że można oszaleć. No nie mogę, nie mogę, naprawdę nie mogę. No coś mu zrobię, no palnę mu zaraz, po prostu nie wytrzymam.

I o wszystko, ale to o wszystko są awantury. Zawsze znajdzie jakiś powód. Zawsze. A to kubeczek nie taki, bo bez robota. A to nie tak się matka odezwała. A to ojciec za głośno mówi. I wtedy krzyczy! A jak, a co. Krzyczy - cicho bądź! Ja już k***a nie mogę. Wezmę i mu trzasnę kiedyś. 

Nie wiem, co mam z nim robić, nie wiem. Ani prośbą, ani groźbą, słuchaj, no. Do czego to doszło. I wrzeszczy tylko: mama, do mamy kcę! i siedzi u mnie na rękach. I dalej wrzeszczy: mama do mamy. No ja cież nie pierdzielę. No zwariować, to mało.

Nie wiem, po kim on to ma. Wszyscy na niego narzekają, wszyscy. Babcia rady nie daje, ja już nie wiem. Jeszcze jedna taka sobota z tym jego wrzaskiem i Tworki mnie czekają. 
Nie wiem naprawdę, po kim on jest taki niegrzeczny. Chyba nie po mnie. No jak? 
   

sobota, 2 lutego 2013

Ta okropna sobota

Jednoaktówka.

Osoby dramatu:

Frustratka - rozczochrana kobieta po 30-stce
Jej Mąż - rozmemłany mężczyzna po 30-stce
Jej Syn - przemądrzały przedszkolak

 
Scena 1.

[Frustratka wchodzi do kuchni. Otwiera kuchenną szafkę.]

FRUSTRATKA - O ja cież  nie pierdzielę! Kruca fuks!

[z głębi sceny]

JEJ MĄŻ - Boże co się stało!?

F. - Kakao się skończyło. To koniec.

J.M. - Jak to?

F. -  Wiedziałam, że było go mało, ale żeby aż tak? Że go już nie ma? To niemożliwe!

[Jej Mąż wchodzi do kuchni.]

J.M. - I co teraz?

F. - Zabije nas. Mnie. 

J.M. - (wymownie milczy)

F. - Kto mu o tym powie? Ja nie.

J.M. - Nie patrz tak na mnie!

F. - Ty masz z nim lepszy kontakt. 

J.M. - Wykluczone.

F. - Nigdy nie mogłam na Ciebie liczyć. 

[Frustratka odwraca się. Widać tylko jej drżące w spazmatycznym płaczu ramiona.]

Scena 2.

FRUSTRATKA - Kochanie, muszę Ci coś powiedzieć.

JEJ SYN - Mamusiu kcę kakałko.

F. - No właśnie, jest mały problem.

J.S. - Kcę kakałko, kcę kakałko, zrób mi kakałko!

F. - Kakałko się skończyło.

J. S. - Jak to się skońcyło? Pokaz! Kcę kakałko!

F. - No nie ma widzisz - było i nie ma. Możesz wypić mleczko.

J.S. - (płacze) AAAAAUUUUUUU

F. - Kochanie, może mama Ci zrobi chlebek z czekoladą i do tego mleczko. To prawie tak samo będzie smakować. Jak kakałko.

J.S. - Nie będzie! Kcę kakałko, kcę kakałko!

F. - Ale nie ma, co mam zrobić!

J.S. - (zawodzi, płacze i ciągnie nosem)

Scena 3.

Przy stole siedzą: Frustratka, Jej Mąż i Jej Syn.
Jedzą obiad.

FRUSTRATKA - Słyszałeś o czymś takim jak "lęk przed kondycją marionetki"?

JEJ MĄŻ - Lęk przed czym? Nie słyszałem. No jedz młody, weźże tego kotleta.

F. - Przed kondycją marionetki. Że człowiek chce się czuć podmiotem w swoim życiu. Musi mieć poczucie wpływu na swoją egzystencję.

J.M. - Nie wiem, nie mam takiego lęku. Nie baw się tymi ziemniakami!

F. - Na pewno masz, każdy ma. Zachwianie sensu życia poprzez złowrogie poczucie, że jesteś tylko..

J.M. - Hm, złowrogie, tak. [Do Jej Syna] złowrogi to ja będę zaraz, jak nie przestaniesz się wiercić! 

F. - Marionetką we własnym życiu. 

J.M. - Życiu. No tak. 

F. - [szeptem] Nic nie mówiłam.

J. M. - Mówiłaś, słyszałem.

JEJ SYN. -  Juz nie kce.

F. - To zostaw. Ja też już nie chcę.

[Frustratka wstaje od stołu i kładzie się na kanapie.]

KONIEC